Władysław Bełza - Babuleńka, historya prawdziwa (Była sobie babuleńla)

Władysław Bełza Babuleńka, historya prawdziwa Była sobie babuleńka Taka stara, że aż strach; Miała chatkę bez okienka, A nad chatką stary dach. Miała w ręku kij sękaty, A na plecach duży garb; Starą suknię w same łaty: I to był jej cały skarb. Wszystko w chatce było stare: Koło domu stary płot, Pajęczyny w oknach szare, A za piecem stary kot. Był tam jeszcze pies na progu, Łysy, chudy, niby wiór; Ślepa kurka na barłogu, I to był jej cały dwór. Chatka stała na uboczu, Porośnięta w cierń i głóg; Nikt nie zwracał na nią oczu, Ani wstąpił na jej próg. Czasem tylko w tej ustroni, Co za jakiś brano cud: Małe dzieci biegły do niej, Na jagody lub na miód. Zresztą bliscy i przechodni, Omijali chatki dach; Bo odpychał wszystkich od niej Jakiś dziwny wstręt czy strach. Nie spotkałeś tam nikogo, Choćbyś chodził wzdłuż i wszerz; Nikt tamtędy nie szedł drogą, Chyba jaki zbój lub zwierz. Bo szeptano w tajemnicy O tej chatce bardzo źle: Że to nora czarownicy, Co się Babą-Jagą zwie. Że tam ona w leśnej głuszy Musi straszne zbrodnie knuć: Jadowite zioła suszy, Aby nimi ludzi truć. Lecz naprawdę tak nie było, Jak to plotka chciała mieć; Babci ani się nie śniło Ludzkie dusze łowić w sieć. Choć wiedziała o potwarzy, Nie płaciła złem za złe; Tylkoś często na jej twarzy Zabłąkaną widział łzę... Tylko co dzień, jak przed laty, Ukończywszy dzienny znój, Zasiadała w progu chaty, Na wieczorny pacierz swój; I modliła się za ludzi, Zapatrzona w nocy cień, Niewiedząca czy się zbudzi, Gdy nazajutrz błyśnie dzień. Wstał raz dzionek cały w złocie, Lecz mu czegoś było brak; Nie rozlegał się na płocie Jak codziennie, kurki gdak; Ani babcia stała w progu, Ni się kotek łapką mył: Tylko burek na barłogu, Przeraźliwie wył i wył... I gruchnęło w okolicy, (Bo jak w dudkę każdy dął): Że się zmarło czarownicy, Że ją wreszcie diabeł wziął. Dużo było też uciechy Dla patrzących na jej grób: Że już babcia za swe grzechy Siedzi w piekle po sam czub. Ale jakiż tłumów licznych Był niezmierny dziw i lęk: Gdy z kościołów okolicznych, Nagle zabrzmiał dzwonów jęk... Gdy sam Biskup z pastorałem, Posłyszawszy smutną wieść: Z duchowieństwem przybył całem, Aby zmarłej oddać cześć. Cóż dopiero, gdy z ambony Ksiądz roztoczył blask jej cnót; Kiedy poznał lud zdumiony Jej nazwisko i jej ród... Jej dla bliźnich tkliwe serce, Co przestało nagle bić, I to życie w poniewierce, I jej smutków długą nić... Bo to była kasztelanka, Co rzuciwszy marny świat, Żyła tutaj jak wygnanka, Na pokucie szereg lat. Co rozdała szczodrą ręką, Skarby swoje między lud; I pod Bożą kląkłszy męką, Trud znosiła, nędzę, głód... Słuchał tego lud zebrany, Z okiem pełnem gorzkich łez; Słuchał kotek zapłakany, Ślepa kurka, wierny pies... Nawet Biskup, wierzchem czapki, Otarł z ócz płynącą łzę; Tylko czysta dusza babki, Radowała z niebios się!